Urodziłem się w zwyczajnej polskiej rodzinie. Z siostrą chodziliśmy do kościoła w każdą niedzielę, rodzice pojawiali się tam zdecydowanie rzadziej. Widziałem w nich wiele dobra: wspierali na różne sposoby innych ludzi, ciężko pracowali, nie mówili źle o innych. W wychowaniu zapracowanym rodzicom pomagała babcia, która — choć surowa — uczyła mnie pacierza i szacunku do Boga. Pewnie dziś, kiedy społeczeństwo ma większą świadomość zdrowia emocjonalnego, a standardy wychowania są bardziej wyśrubowane, mój dom rodzinny oceniany byłby bardziej krytycznie. Wtedy jednak był dla mnie najwspanialszym miejscem na ziemi. Tęskniłem za czasem spędzanym z rodzicami, zwłaszcza z tatą. W mojej siostrze miałem przyjaciela.

Jednocześnie w tej „sielance” rozwijały się we mnie dwie inne, niezależne rzeczywistości. Pierwsza to świadomość, że Bóg jest — że jest kimś więcej niż tylko daleko mieszkającym starszym Panem z brodą, ale kimś, kto wie o mnie wszystko i czegoś ode mnie chce. Druga rzeczywistość to zepsucie, o którym aż wstyd mi pisać. Dom, zepsucie i Bóg — trzy światy w jednej osobie — nie mogły dobrze funkcjonować. Od około dziesiątego do dwudziestego roku życia ta zepsuta część coraz bardziej przejmowała moje serce. Rodzina stawała się dla mnie czymś odległym — słyszałem już tylko pretensje. Bóg wciąż był w mojej świadomości jako Ten, który jest dobry, ale ja poświęcałem Mu uwagę coraz rzadszymi zrywami.

Doprowadziło to mnie do miejsca, w którym — jako syn i brat — byłem pełen rozczarowań. Myślałem, że najlepsze, co mógłbym zrobić, to odebrać sobie życie albo gdzieś uciec, bo nie pasuję do swojego domu. Jako chrześcijanin bywałem na pielgrzymkach, rekolekcjach, Mszach o uzdrowienie, spotkaniach Odnowy w Duchu Świętym. Skończyłem katolicką szkołę, ale to były tylko zrywy, które nie miały wiele wspólnego z moim codziennym życiem. Robiłem rzeczy, przez które czułem, że sprawiam Bogu przykrość, że ranię Go swoimi wyborami.Wiedziałem, że On czegoś ode mnie chce. Podczas jednych rekolekcji bardzo wyraźnie usłyszałem w sercu: „Chcę, żebyś Mi służył”. To było wyjątkowe, bo nigdy wcześniej nie miałem takiego doświadczenia. Żyłem już wtedy rozwiązłym życiem i nie chciałem być księdzem — tak to rozumiałem. Pamiętam, jak klęcząc i płacząc w katedrze, wyznawałem Bogu, że tego nie chcę i że chcę iść swoją drogą. Czułem ból: ból, że nie potrafię żyć w zgodzie z Bogiem; ból, że nie mam siły, by oderwać się od grzechu; ból, że sprzeciwiłem się Jezusowi, rezygnując z tego, do czego mnie powołał.

Mając 22 lata, poznałem przy herbacie dwoje ludzi, którzy opowiedzieli mi o Bogu w taki sposób, jakby do tej pory prawie w ogóle nie był mi znany. Rzadko używali słowa „Bóg”, zdecydowanie częściej mówili „Jezus”. Opowiadali o Nim jak o kimś bardzo bliskim. Niewiele pamiętam ze słów — bardziej atmosferę i jedno kluczowe zdanie: „Gdy oddasz Jezusowi całe swoje życie, On sprawi, że nie będziesz grzeszył”. To spotkanie mną wstrząsnęło. Odbyło się w domu mojej dziewczyny, a goście, którzy opowiadali o Jezusie, byli z drugiego końca Polski. Kiedy wyjechali, wróciłem do swojego życia — tym razem osiągając szczyty zepsucia, depresji i oddalenia od Boga. Byłem na dnie. Zapijałem wyrzuty sumienia, kościół omijałem łukiem, nie wracałem na noc do domu. Wiedziałem, że stałem się wrogiem Boga.

Rok później znajomi mojej dziewczyny znów nas odwiedzili. Przyprowadziłem na spotkanie kumpla, kilka piw i parę win — które razem wypiliśmy, słuchając o Jezusie. Ostatnie przebłyski we mnie, jeszcze zainteresowane Bogiem, chciały coś usłyszeć, ale wyrzuty sumienia grzmiały jak armaty. Musiałem je zagłuszać alkoholem. Przez to niewiele pamiętałem, poza tym, że jeden z chłopaków mówił, iż Boga można spotkać, gdy się Go szuka — i że będzie jechał na post na Ukrainę. Drugi opowiedział, jak Jezus uzdrowił jego żonę z niepłodności podczas jednego z nabożeństw. Pokazał zdjęcia swojego synka, Samuela. To poruszyło moją dziewczynę tak głęboko, że kilka dni później pojechała do tych samych znajomych na zachód Polski i tam oddała swoje życie Jezusowi. Kiedy wróciła do Łodzi, zobaczyłem na jej twarzy niesamowitą zmianę. Ona znała Jezusa w sposób, który dla mnie wydawał się niedostępny. Po rozmowie z nią wróciłem do domu. Byłem zmieszany. Coś mi podpowiadało, że skoro ona mogła, to może ja — Paweł — też jeszcze mogę. Chodziłem po pokoju, nie wiedząc, co zrobić. Uklęknąłem nawet do modlitwy, ale nie bardzo mi to szło — wyrzuty sumienia i poczucie wrogości w relacji z Bogiem były zbyt silne. Wziąłem do ręki Biblię, którą kupiłem kiedyś na rekolekcjach, i pomyślałem, że skoro nie umiem się modlić, to może chociaż coś przeczytam. Nie znałem wtedy Pisma Świętego, więc otworzyłem je na chybił trafił. Nie oczekiwałem, że „wylosuję” werset akurat dla mnie — po prostu chciałem zrobić cokolwiek w stronę Boga. Otworzyłem Dzieje Apostolskie, w miejscu, gdzie Jezus zwraca się do przyszłego apostoła Pawła:

„Szawle, Szawle, dlaczego Mnie prześladujesz?”

Bóg zwrócił się do mnie po imieniu. Pokój wypełniła atmosfera niezwykłej doniosłości i powagi. Zacząłem gorzko płakać i wołać: „Boże, nie wiem, co mam zrobić. Nie umiem się zmienić. Co mam zrobić?” Doczytałem fragment do końca:

„I rzekł: Kto jesteś, Panie? A On: Ja jestem Jezus, którego ty prześladujesz. Ale powstań i idź do miasta, tam ci powiedzą, co masz czynić. A mężowie, którzy z nim byli w drodze, stanęli oniemiali, głos bowiem słyszeli, ale nikogo nie widzieli. I podniósł się Saul z ziemi, lecz gdy otworzył oczy swoje, nic nie widział; wiodąc go tedy za rękę, zaprowadzili go do Damaszku. I przez trzy dni nie widział i nie jadł, i nie pił.”

Zrozumiałem, że zwraca się do mnie sam Pan Jezus. Że mam gdzieś pojechać — i tam otworzą mi się oczy. Przypomniałem sobie o poście, o którym opowiadał jeden ze znajomych mojej dziewczyny. Widziałem go wcześniej tylko dwa razy w życiu i nigdy nie byłem sam za granicą. A jednak wydało mi się to całkowicie normalne. Kilka dni później stałem już na Dworcu Centralnym w Warszawie, w drodze do Kijowa. Nie wiedziałem, co to za miejsce, co to za ludzie, ani czym w ogóle jest to spotkanie. Okazało się, że był to post dla przywódców kościołów ewangelicznych. Kiedy przyjechałem, byłem przerażony. Ludzie krzyczeli, tańczyli, mówili niezrozumiałymi językami. A ja — po raz pierwszy w życiu — nie jadłem nic przez dwa dni i piłem tylko wodę. Głowa bolała mnie tak, że myślałem, iż eksploduje. Ostatkami sił usiadłem w ławce i zacząłem przyglądać się tym ludziom. Od razu zorientowałem się, że każdy ma na twarzy to samo co moja dziewczyna: radość z tego, że znają Boga osobiście.

Po spotkaniu wracaliśmy do pokoju. Nic nie rozumiałem, cierpiałem, ale na schodach zatrzymałem ludzi z Polski i zapytałem, czy mogę już teraz oddać całe swoje życie Jezusowi, bo dłużej tak nie chcę żyć. Oczywiście wszyscy się zgodzili. Tam, na schodach, zaprosiłem Jezusa do swojego serca. Nie zdążyłem dojść do pokoju, a ból głowy zniknął. Moje ciało, duszę i serce ogarnął wspaniały pokój. Mam dziś ponad 40 lat. Ludzie, którzy opowiedzieli mi o Panu, są moimi najlepszymi przyjaciółmi. Moja dziewczyna jest moją wspaniałą żoną. Mam głębokie i zdrowe relacje z rodziną. A Jezus — od tamtej chwili na schodach — stał się najbliższą Osobą w moim życiu.

 

 

Categories:
zobacz pozostałe aktualności